Stargardzki Klub Orienteringu 15 Południk - Strona Klubowa - Artykuły: W jak Włóczykij Trip Extreme 2010
W jak Włóczykij Trip Extreme 2010
M jak META
Nie wiem, od czego zacząć to zacznę od końca. O godzinie 4:08 wchodzę do Klubu Nauczyciela prawie dwanaście godzin po starcie, meta nareszcie, ledwo stoję na obolałych nogach, samotnie oddaje kartę, siadam przy stoliku z Piotrkiem i Grześkiem. Żurek, pierożki i nic więcej nie potrzebuje…

F jak ROBERT
Na wyjazd, do Gryfina umówiliśmy się z kolegą ze Szczecina, jako że już piątkowy wieczór spędzałem z dawno niewidzianym Piotrkiem i Irminą, więc opcja dalszej jazdy z „Filipem” o niebo lepsza niż samemu. Spotykamy się u „Filipa” w domu, akurat zaczynał się pakować.
- A to mi się przyda??
- Nie wiem ja nie brałem.
Spakowani czekamy na Krzyśka, do GDK docieramy na styk, zdążyłem się tylko przebrać i spakować plecak na trasę i już siedzieliśmy w autobusie z Sebastianem. Wiozą nas na start, ale gdzie?? Po chwili już wszystko jasne CHOJNA.

S jak START
Poznaliśmy się z Sebastianem na Jesiennych Trudach wspólnie pokonaliśmy niemal połowę trasy, na Włóczykiju postanowiliśmy wystartować razem, tym bardziej, że oboje byliśmy w mniej więcej podobnej kondycji, więc wspólnie powinniśmy dać rade.
Dostajemy 13 czas startowy, startujemy jeszcze za dnia i próbujemy to wykorzystać zakładając jak najszybsze dojście do trzeciego punktu (PK 12) żeby nie szukać go po ciemku.
Udaje nam się znajdujemy dwunastkę i po potwierdzeniu jej na karcie robi się ciemno zakładamy czołówki i dalej.

C jak CZOŁÓWKA
Złośliwość rzeczy martwych ukazała się nam w pełnej krasie, najpierw przy zakładaniu pęka Sebastianowi mocowanie paska, improwizowana naprawa w marszu daje jakiś efekt. Nawet nie zdążyliśmy przetestować naszego dzieła gubimy pokrywkę od baterii i już jej nie znajdujemy. Ratują nas Wojtek z Magdą, którzy byli chwile po nas na 12, pożyczają nam zapasową TIKKE i dalej podążamy już razem z kompletem oświetlenia.
Dwa kolejne PK łatwo i przyjemnie, choć 14 szukaliśmy dłużej niż zakładaliśmy, okazało się, że wisiała na jakiejś kaplicy na cmentarzyku.

B jak BIAŁE POLE
Dalej już nie jest tak łatwo, organizator robi psikusa i na środku mapy drukuje logo zasłaniając najprostszy wariant przejścia do kolejnego PK. Idziemy na „czuja” licząc na fart, po drodze doganiają nas Piotrek z Grzesiem, przez chwile idą z nami, kilka żartów i trochę śmiechu przyda się dla wszystkich.
- Dobra Grzesiu ,widzę że już się wyrywasz to biegniemy dalej.
- Do zobaczenia na mecie, powodzenia.
Chwile potem już nie widać chłopaków, a my dalej przed siebie w pustą przestrzeń na mapie.

R jak REMIZA
Jakoś bez większych problemów udało się nam przejść „martwą strefę” a potem już łatwo i przyjemnie do remizy gdzie czekał na nas bufet. Plan pobytu nie zakładał długiego odpoczynku, wpadamy dosłownie na 20 minut szybko pochłaniamy ciepły rosół, po kawałku kiełbasy, uzupełniamy płyny, suche skarpetki i dalej na trasę.
W chwili naszego pobytu Justyna Kowalczyk walczy o medal na IO, wychodząc prowadziła zanim dotarliśmy do następnego PK dostajemy wiadomość ze zdobyła złoto. Skoro Justyna dała radę my też damy. Dodatkowa porcja motywacji przyszła chwile później, brąz panczenistek, ale jak i kto nawet nie mamy pojęcia, nie mniej jednak podbudowało do wysiłku.

W jak WSTĘP WZBRONIONY
Droga z Lubicza na PK 16 kosztowała nas chyba najwięcej sił, do wyboru mamy:
a) pole pokryte warstewką śliskiego błota i połaciami mokrego śniegu;
b) drogę pokryta 30 cm śniegu zarośnięta krzakami.
Tak źle i tak nie dobrze, ale iść trzeba, wybieramy pole i brodząc w błocie i śniegu mozolnie poruszamy się z prędkością „przesuwającego się lodowca”, dosłownie buty zostawały w miejscu na błocie a na śniegu zapadały się po kostki w białą breje.

R jak ROZPAD
Koszmar, nasza droga przez piekło zbiera srogie żniwo, Sebastian coraz zostaje daleko w tyle i trzeba na niego czekać, jak się okazuje parę kilometrów dalej boli go kostka i zaczyna utykać. Ja też nie czuje się już za dobrze, jednak to czekanie na partnera powoduje, że wypadam z rytmu i zaczynają stygnąć mi mięśnie. Zapada decyzja o wycofaniu się Sebastiana, telefon do organizatora i okazuje się, że mnie też nie klasyfikują, bo musimy razem ukończyć jako zespół. Chwila nerwowych rozmów telefonicznych i jednak mogę samotnie kontynuować rajd. Żegnamy się na asfalcie skąd można będzie zabrać Sebastiana do mety. Jak się później okazało po wizycie na pogotowiu skręcona kostka była przyczyna rozpadu naszego zespołu.

K jak KRYZYS
Po wycofaniu się Sebastiana zaliczam kolejny punkt, czuje, że zbliża się ten moment kiedy i ja będę miał dość. Proste przejście do następnego PK okazuje się trudniejsze niż zakładałem, i nie przez drogę, bo była całkiem dobra, ale przez narastający ból w kolanach i łydkach. Podbijamy z Wojtkiem i Magdą jak się okazuje ostatni dla nas PK w Wirowie. Ledwo trzymając się na nogach zalegam na przystanku, zmieniam mokre skarpety, zdejmuję stuptuty, bo wiem ze teraz już tylko suchy asfalt do mety, a oni idą do następnego punktu.

A jak ASFALT
Zostaję sam na sam ze swoim kryzysem, włączam muzykę na telefonie pomaga jakoś na trochę, ale bateria też ma dość i odmawia posługi. I znów cisza i kolejne metry do pokonania po asfalcie, którego nienawidzę na zawodach i zawsze najbardziej mnie dobija.
Na obrzeżach Gryfina spotykam lewitującego ciut nad chodnikami jegomościa, jego mina – BEZCENNA. Chyba kosmitę zobaczył albo stwierdził, że już więcej nie spożywa dziwnych płynów, bo majaki ma jakieś. W każdym razie ja już ciągnąc buty za sobą, walcząc z bólem w kolanach podążam do mety, a ona wciąż tak daleko a jednak już tak blisko.

Ż jak Żurek
O godzinie 4:08 wchodzę do Klubu Nauczyciela prawie dwanaście godzin po starcie, meta nareszcie, ledwo stoję na obolałych nogach.
Radosne powitanie z Piotrkiem i Grześkiem, siadam z nimi do stolika, cieszę się, że ich widzę, mogę pogratulować im zwycięstwa, bo wiedziałem o tym już w styczniu widząc ich liście startowej. Teraz można zrobić to oficjalnie i świętować ich sukces.
Za chwile dostaje od miłej Pani żurek, pierożki i nic więcej nie potrzebuje… chyba??
Magiczny dźwięk otwieranej puszki piwa od chłopaków, nigdy jeszcze nie smakowało tak dobrze jak o tej 4 nad ranem.

E jak EPILOG
Wojtek z Magdą docierają do mety godzinę później nie znaleźli tego PK, na który szli po naszym rozstaniu, zmęczeni, ale szczęśliwi. Koło 6 pojawia się reszta paczki ze Stargardu, dla której był to pierwszy raz na takim rajdzie.
Nie wiem, dlaczego to robimy, gdy inni w zaciszu swoich „betonowych sarkofagów” spędzają miłe popołudnie i nocami spokojnie śpią w ciepłej pościeli. My na mrozie i wietrze, w deszczu lub żarze lejącym się z nieba, utaplani w błocie po kolana, z zakurzonymi twarzami w strugach potu brniemy wciąż do przodu, mimo że boli, że siły brak, odciski i otarcia, pot, krew a nawet i łzy. Wielu naszych znajomych pyta się, po co i na co to robicie?? Przecież to bezsensu. A może właśnie w tym jest ten sens, którego oni nie widzą.

Nawet nie chce mi się spać, za oknem wstał już dzień. Niedziela, najpiękniejszy dzień na Pieszych Maratonach na Orientację, kiedy „dorośli ludzie uczą się na nowo chodzić”

Bułek

Sklep Internetowy!
Galeria
        
Najbliższe imprezy
Brak wydarzeń
Zapisz się do subskrypcji
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło