Stargardzki Klub Orienteringu 15 Południk - Strona Klubowa - Artykuły: KOKA I DYNAMIT...
KOKA I DYNAMIT...
Takich miejsc na świecie już właściwie nie ma – gdyby odwiedzić je pięćdziesiąt i sto lat temu, wyglądałyby tak samo. Nie miałyby oczywiście elektryczności, telewizji i samochodów ale z lotu ptaka różnic by nie było, z perspektywy krzywego bruku i klepiska też nie. Współczesne zakazy nijak nie potrafią regulować tam życia, więc ludzie korzystają z tradycji i zdrowego (lub nie) rozsądku. Dzięki temu w 2009 roku można kupić w kiosku dynamit a na bazarze liście koki w dowolnych ilościach. Witajcie w Potosi!

Boliwia to inny świat. Najbiedniejsza z krajów Ameryki Południowej, na południu i zachodzie położona w wysokich górach, w pozostałych rejonach w upalnej strefie dopływów Amazonki. Ma dwie stolice, słynne więzienie (w którym więzień płaci za pobyt) oraz wieś, w której zastrzelono Ernesta Che Guevarę. Nic w niej nie jest nowoczesne – może z wyjątkiem lotniska La Paz, autobusy wołają o pomstę do nieba a drogi asfaltowe stanowią najwyżej kilka procent wszystkich traktów. Kobiety obowiązuje XIX wieczna moda a mężczyźni od tysięcy lat chodzą odurzeni koką. To tutaj też znajduje się najwyżej położone miasto świata – Potosi (4070 m n.p.m.).

Koka za 5 zł

Dostać się do miasta nie jest trudno, z granicy Argentyńskiej kursuje kilka autobusów. Czekając dwanaście godzin na ten za 60 bolivianów (około 30 zł.) przyzwyczajam się do kraju i dziwnych obyczajów. Kobiety w szerokich, kolorowych spódnicach i kolonialnych melonikach opanowały niemal na wyłączność bazar rodem ze Stadionu X-lecia, sprzedając warzywa, owoce, suszone płody lam, plastykowe zabawki, ubrania i oczywiście liście koki. Na ulicy targują się, konwersują, wychowują dzieci i nie chcą, żeby robić im zdjęcia. A gdy potrzebują skorzystać z toalety, wybierają kawałek ziemi na środku dworca, czy w parku, kucają i... już. Bufiaste spódnice dają im wystarczające poczucie intymności, czego nie można powiedzieć o mimowolnych, acz nielicznych obserwatorach z Europy. I jeszcze ta koka! Boliwia hoduje i zbiera jej liście w przemysłowych ilościach i mimo wpisania ich na listę narkotyków ONZ, prawnie zezwala na ich sprzedaż. Oczywiście wyprodukowanie kokainy z liści koki w domowych warunkach jest właściwie niemożliwie, a Boliwijczycy oddają się konsumpcji na masową skalę tylko jej suszonych liści. Na każdym bazarze można je kupić za symboliczną kwotę – około 5 zł za 100 gram. Taka torebka wystarcza na zaparzenie około stu filiżanek herbaty (która jest bardzo smaczna i przypomina rumiankową) lub dwa dni solidnego żucia (wtedy smak w ustach nie należy do najprzyjemniejszych).

Droga przez mękę

Wieczorem wreszcie pakuję się do wiekowego autobusu. Miejsca jest mało, szyby latają nie uszczelnione a mnie czeka około 400 km drogi. Zastanawiam się dlaczego czas podróży przewidywany w rozkładzie to 14 godzin, może będzie dużo przerw? Ale nie. Gdy tylko opuszczamy Villazon dziurawy asfalt się kończy a zaczyna szutr i kręte drogi prowadzące zboczami łysych gór i między skałami. Jedziemy najwyżej 30-40 km/h, gdy pojawiają się przepaście zwalniamy do 10 km/h. Barierek ochronnych nie ma i nigdy nie było ale ciemną jak smoła nocą i tak niewiele widać. Co jakiś czas pojawia się tylko wysłużona ciężarówka z ogromnym ładunkiem. O 6:00 rano dojeżdżam do Sucre, drugiej po La Paz stolicy, a kilka dni później dojeżdżam do Potosi. Niezależnie czy z południa czy z zachodu – drogi są tak samo tragiczne. Jedynie do La Paz prowadzi coś, co można nazwać asfaltem. Miasto położone jest na zboczu góry Cerro Rico, mieszka w nim ponad 110 tysięcy ludzi. Kiedyś było najbogatszym w Ameryce Południowej i drugim co do wielkości, po Paryżu, miastem świata. W połowie XVII wieku srebro z wnętrza góry utrzymywało kolonizującą Hiszpanię a jeszcze 24 lata temu państwo miało monopol na wydobywanie rud srebra. Dziś wnętrze góry może eksplorować każdy ale to co zostało po trzystu latach starcza na przetrwanie tylko nielicznym. Ci, którzy nie mają już sił do pracy w kopalni uruchomili łatwiejszy biznes – wprowadzają turystów do wnętrza góry. Dzięki nim każdy może poczuć jak to jest chodzić zgiętym w pół w metrowych korytarzach i pić wódkę pod pomnikiem diabła w środku góry.

Dynamit z kiosku

Zanim były górnik wpuści nas do tunelów, każe nam przebrać się. Dostajemy kalosze, tekstylne uniformy, kaski, lampy karbidowe i w takim umundurowaniu idziemy na zakupy do górnej części miasta. W kioskach kupujemy colę, ręcznie kręcone papierosy i liście koki, które potem mamy rozdać napotkanym górnikom, a dla siebie za 2,5 złotego nabywam laskę dynamitu i lont. To jedyne miejsce na świecie, gdzie mogę zrobić to całkiem legalnie i nikt nie sprawdza nawet, czy użyję go w kopalni czy zabiorę ze sobą. Tunel do którego wchodzimy znajduje się na około 4300 metrach, już po pięciu minutach marszu jestem zmęczona. Tlenu jest mało, stopy ślizgają się w stojącej wodzie a głową co chwilę uderzam w strop. Czasem jest na wysokości 1,5 metra, a czasem
jeszcze niżej. Po kilkunastu minutach i kilku zakrętach wreszcie mogę się wyprostować – siadamy w przestronnej „sali”, która należy do diabła. Każdy z pracujących tu mężczyzn (kobiety w kopalni przynoszą pecha i nie wolno im pracować) zaczynając pracę składa mu jakiś dar – daje papierosa, trochę wódki lub piwa. Dla zapewnienia sobie pomyślności po pracy, polewa jego wyrzeźbionego członka mocnym alkoholem (często spirytusem o błękitnej barwie), który sam także wypija. Wtedy diabeł jest udobruchany i nie dość, że nie sprowadzi nieszczęścia, to jeszcze pomoże w seksie. W to górnicy wierzą. Po drugiej stronie korytarzy i kolejnych 15 minutach marszu w niewygodnej pozycji, trafiamy do sali z niedużą figurką Jezusa. On też dostaje podarki – zamiast papierosów świeczki ale piwo czy whisky ma tak samo jak diabeł. Oba miejsca odwiedzają wszyscy górnicy, w kopalni niema podziału na religię, hołd składa się i dobremu i złemu bóstwu – każde bowiem ma moc, by sprowadzić nieszczęście.


Huk i spirytus

Opowieści po hiszpańsku o ciężkiej pracy (fakt, średnia wieku górników nie przekracza 35 lat) już nas trochę nużą, choć po godzinie pod ziemią wszyscy wiemy, że za żadne skarby nie moglibyśmy tak pracować. Wynoszenie 50 kg worków przez kilometrowe tunele, kiepskie jedzenie i ciągły rausz pracowników nie spełniają nie tylko żadnych zasad BHP, ale i zdrowego rozsądku. A finał jest jeszcze mniej przepisowy – nasz przewodnik wyczuwa, że trochę nam nudno więc zabiera laski dynamitu i zjeżdża czymś w rodzaju studni na niższy chodnik. Nie ma go ze trzy minuty, gdy już jest z nami w oddali słyszymy głuchy huk i drżenie. Wybuchło! To co zostało po odpaleniu lontu, zbiorą już jednak prawdziwi pracownicy. My mieliśmy tylko to usłyszeć i mieć satysfakcję z wydanych bolivianów. Wychodzimy z wnętrz góry, w której za czasów hiszpańskich zginęło osiem milionów niewolników. Bolą mnie plecy, mam płytki oddech, w głowie buzuje spirytus a w ustach ciągle czuję gorzki smak żutej koki. A minęły raptem dwie godziny. Owszem, mówią, że koka zagłusza głód i pomaga na przebywanie na wysokościach, mocne papierosy dają dużo przyjemności a litrowa butelka coli tu wystarczająco kalorii na cały dzień, ale chyba tylko zaprawionym Boliwijczykom. Wątpię, żeby jakiś biały wytrzymał tam dłużej niż tydzień.

Autor i fot.: Monika Strojny


Sklep Internetowy!
Galeria
        
Najbliższe imprezy
Brak wydarzeń
Zapisz się do subskrypcji
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło